RSS
wtorek, 17 sierpnia 2010
Przed urlopem

Dzis przedostatni dzien przed urlopem, jedziemy na Korsykę. Najpierw nocleg niedaleko Postojnej w Sloweni potem Piza i nocleg w Livorno a na koniec prom do Bastii skad wyruszymy na poszukiwania campingu.

Wlasnie musze zrobic spis potencjalnych miejsc.....

A co sie dzialo ostatnimi czasy.

Po powrocie z Afryki przyjechali do nas tata z ciocią Mirką i zostali na parę dni, pojechaliśmy nad Velence-tó, oni byli sami nad Balatonem a ja niestety do pracy....tak to jest caly dzien walka w biurze a inni sie bawia w najlepsze :) Polazilismy z nimi troche po miescie, bylismy na barce, mysle ze sie podobalo szczegolnie, ze przylecieli samolotem, udalo sie kupic bilet w promocji za 300PLN wiec naprawde niedrogo.

Pod koniec lipca wybralismy sie na przedluzony weekend do Gyula'i fajne male węgierskie miasteczko połozone zaraz przy granicy rumunskiej. Na pierwszy dzien zaplanowalismy sobie wycieczke do Aradu no i tam mile zaskoczenie po ohydnych przedmiesciach, wielka plyta i korek, catrum okazalo sie przeslicznym miejscem. Szkoda, ze tylko centrum. Na mapie widac cytadele wiec spodziewalem sie jakiegos wzgorza skad widoczna bedzie panorama calego miasta....coz przeliczylem sie. Po pierwsze wzgorza brak po drugie teren jest ogrodzony i zmilitaryzowany.

 

Arad

Trochę się zawsze boję zostawiać samochod w takich miejscach, szczegolnie, ze juz dwa razy nam rabneli auto, ale jakos bylo spokojnie, zadnych ekscesow nawet mimo wegierskiej rejestracji. To co uderza mnie zawsze w Rumunii to ta ostantacja w okazywaniu przynaleznosci panstwowej, wszedzie sa flagi, doslownie wszedzie. Ze starych czasow pamietam jak w Cluj nawet lawki byly pomalowane w niebiesko-zolto-czerwone pasy. Dla mnie przesada, ale z drugiej strony co im sie dziwic, gdy maja za miedza pierwotnych wlascicieli tych ziem. To tak jak w Polsce z ziemiami odzyskanymi, trzeba bylo dorobic piastowska ideologie. Na szczescie u nas mniejszosc niemiecka znikla a w Rumunii problem wegierski ciagle istnieje, jedyne co sie wyczyscilo to tzw. Sasi Siedmiogrodzcy - ta paromilionowa mniejszosc w calosci prawie wyemigrowala do Niemiec po 1989 roku.

W sobote plan byl prosty - wylegujemy sie na plazy przy basenie, tak jak pomyslelismy tak tez zrobilismy, szkoda tylko, ze jakis kretyn wpadl na pomysl, ze nie mozna byc razem z dziecmi w basenie. Jakos uszlo to jego uwadze, ze w basenie polaczonym! dorosli z maluchami i to mniej niz rocznymi normalnie sie plawia. No ale byly zjezdzalnie i termy do tego calkiem przyjemne ocienione miejsce wiec kompleks oceniam na 4.

A w niedziele zamiast powtorki z rozrywki zafundowalismy sobie Rumunię bis. Pojechalismy do Oradei, gdzie zastalismy przepiwkna architekture w centrum. Naprawde warto tam sie wybrac. Jak przypomne sobie, ze 8 lat temu siedzialem tam na dworcu i jadlem w najbardziej obskurnym miejscu w zyciu i porownam to z jakoscia na glownym deptaku to po prostu kontrast w glowie sie nie miesci. Kilka fotek poniżej, zeby zobrazowac potencjal miejscowosci :)

Oradea

Oradea secesyjny pasaż

Oradea - teatr wegierski

niedziela, 25 lipca 2010
Finał!

Jedziemy dzis do Sun City ale wczesniej znowu safari tym razem w prawdziwym
parku a nie namiastce spod Jo'burga. Moga sie pojawic nawet slonie.
Wczoraj na meczu oczywiscie znowu problem. Okazalo sie,ze nasze miejsca
mimo ze w pierwszym rzedzie to jednak nie sa najlepsze. Panowie krecacy to
cale przedsiewziecie zaslaniali nam pieknie widok na pole karne. Chcialem
stac to na mnie krzyczeli z tylu. Jednak po 5 minutach zrozumieli kontekst
i wtedy pacyfikowali nas porzadkowi policjanci, na szczescie niezbyt
gorliwie. Na koniec poszlismy na galerie skad obserwowalismy dogrywke, na ceremonie zeszlismy z powrotem na nasze miejsca ale Hiszpanie to sa jednak swinie :) nie pofatygowali sie na nasza strone zeby podziekowac kibicom. Udalo sie nam trafic bez pudla do autobusu
wiec zadowoleni czekalismy jak zwykle na niedobitki hiszpanskie. Jeszcze
jedno, bylo przerazliwie zimno mimo 6! warstw jakie mialem na sobie.

Na safari naprawde niezle, chociaz poczatek rozczarowujacy, zwierzaki strasznie daleko, a lwy spia w trawie. Potem jednak okazalo sie ze miejsce pierwsza klasa i sporo roznych ciekawych zwierzat widzielismy, hipki, krokodyla a na koniec wisienka na torcie - słoń! Jeden ale zawsze.

 

czwartek, 22 lipca 2010
RPA3 Finał

No i jedziemy na finał! Jak zwykle z opoznieniem. My 3min ale Hiszpanie oczywiscie 25. Nie chce jechac juz na zaden zorganizowany wyjazd z tymi miśkami. Za grosz u nich poczucia czasu. Jedziemy a po drodze ciekawe historie o Afryce. Jak to nie chciani farmerzy z Zimbabwe (mieli ultimatum od Mugabe - wyjazd albo smierc) zostali cieplo przyjeci w Zambii i Mozambiku i teraz Zambia eksportuje zywnosc do Zimbabwe.

Dojechalismy ale okazalo sie ze miejce gdzie wysiadziemy nie zostalo okreslone. Nasi wegierscy przyjaciele nie postarali sie o przepustke i bedziemy wracac po meczu na jakies blizej nie zidentyfikowane skrzyzowanie, mam nadzieje ze te czarne bandy dadza nam dojsc do autobusu i nie wyrwa naszych serc zywcem :)

Wlasnie skonczyla sie ceremonia zamkniecia byla Shakira i Nelson Mandela a caly standion skrzyl blyskami fleszy. Na poczatek przelecialy 3 odrzutowce a potem potanczyli i pospiewali nasi afrykanscy gospodarze.

Czekamy na mecz, ludzie glupieja byle ich twarz znalazla sie na telebimie. Widzielismy krola polskich kibicow, mamy fotke. Ja nawet nie wiedzialem ze jest taka osobistosc :)

RPA 2

Chyba jeszcze nie pisalem o lwach. Wczoraj odwiedzilismy dwa rezerwaty. Pierwszy maly ale ciekawy ze wzgledu na lwy, ktore podchodzily pod samochod i male lwiatka ktore mozna bylo drapac po brzuchu. Jeden niezbyt przyjacielski lew chcial mnie zapoznac ze swoim na szczescie jeszcze nie w pelni rozwinietym uzebieniem.

Potem bylismy w takim konkretniejszym rezerwacie "Rhino & Lion Park" gdzie na wielohektarowym obszarze zyja rozne gatunki antylop, guzce, nosorozce i bawoly. Widzielismy biegnacego wolno (bez smyczy, bo w rzeczywistosci calkiem szybko ;) geparda, przebiegl kilka metrow ode mnie.

A teraz jedziemy do Pretorii razem z grupa Hiszpanow. Przewodnik poleca powrot we wrzesniu, najlepszym czasie na safari w parku Krugera.Pretoria to stolica administracyjna a Kapsztad ma sejm i senat.

Bylismy przy voortrekmonunent a tam troche ciekawych informacji. O zdradzie Zulusow i wybiciu przywodcow Burskich przy stole negocjacyjnym. Krotko mowiac wbili ich na pal. Jeszcze jedna ciekawostka od pani przewodnik, ciagle zdarzaja sie na sytuacje kiedy wyrywa sie serce zywcem bo krew ktora wyplywa z bijacego serca zyjacego czlowieka ma wlasciwosci przejmowania powodzenia I sukcesu wlasciciela. W skrocie zabij bogatego a wczesniej wyrwij mu serce to ty bedziesz bogaty ;)

Nasza pani przewodnik to niezle ziolko - strasznie jedzie po angielskich najezdzcach, ale w taki calkiem konkretny sposob, prezentujac fakty. Wyglada na to, ze Afrykanerzy nie darza brytyjczykow zbyt wielka estyma.

Podróż do Afryki1

Wrazenia......

Podczas lotu udalo mi sie zlokalizowac miejsce, zdawalo sie podwojne, I w dodatku wolne. Gniotlem sie z Marcinem wiec koncept byl przedni. Niestety jak siadalem jakas "mila" pani zwrocila mi uwage, ze siadam na jej miejscu. Ja na to "ok" - pani niech usiadzie na tym wolnym miejscu wtedy tam gdzie teraz pani siedzi beda dwa miejsca i ja sobie tam spoczne. O nie! To miejsce jej corki ktora lezala rozlozona na 3 miejscach gdzie indziej! Szlag mnie trafil ale stewardesa nie byla w stanie tego konceptu pojac a baba dupy ruszyc. Koniec koncow zamienilem sie z Marcinem i kimnalem oparty o okno!

Wyladowalismy i faktycznie okazalo sie ze jest zimno, podjechalismy do naszego hotelu. Krotka drzemka i do murzynskiej wioski - "Lesedi cultural village". A tam po kolei pokazywano nam rozne chalupy i zwyczaje lokalnych plemion. Pani prowadzaca byla bardzo ale to bardzo usmiechnieta i opowiadala o zwyczajach poszczegolnych plemion. Mi do gustu przypadli basotho owinieci w koce i jeszcze jedni w szkockich spodniczkach. A nosza je na pamiatke jednej bitwy z anglikami kiedy to oddzial brytyjskiej armii wystawil w pierwszej linii szkockich zolnierzy w kiltach. Murzyni doszli do wniosku, ze z kobietami walczyc nie beda i dostali tęgiego łupnia. Swoja droga jak mozna bylo pomylic szkotow z kobietami nie wiem. Po zwiedzaniu bylo taneczne show, po raz kolejny potwierdza sie ze rytm ci ludzie wyssali z mlekiem matki. Po tancach czas na jedzenie, strus, krokodyl doskonale komponowaly sie z przekaska, ktora szczodrzy mieszkancy jednej z wiosek podzielili sie z nami wczesniej - prazonymi robakami przypominajacymi gasienice.

Jak zwykle trafilo mi sie dostac wlosa w salatce, ale jakos to przezylem (nijak nie ma sie to do jednego z pierwszych wpisow o robaku w kawie)

Dzisiaj czas na lwy. Bylismy w Lion reserve a tam z okien ogladalismy leniwe bestie. Jedyna atrakcja byl przewodnik, ktory nagle w jednym z ogrodzen zaczal przekonywac lwy osobiscie zeby nie drapaly jego samochodu. Sluchaly sie bestie choc jeden zaryczal calkiem mocno jak ten go dzgnal patykiem.

 

wtorek, 29 czerwca 2010
zycie c.d.

Dzisiaj jadlem sniadanie i ogladalem ludzi przemykajacych naddunajska promenada, wiekszosc z nich biega albo wyprowadza psy. Trafilem nawet na ciekawy okaz pana na oko dobrze powyzej 100kg biegnacego (ale tylko kawalek) potem juz tylko szedl. Pewnie lekarz mu kazal, bo cholesterol itp. itd. Ale szacunek sie nalezy, chcialo mu sie zwlec rano z lozka i nawet potruchtal pare metrow.

Bori ma ospe....cala jest w fioletowych gencjanowych kropkach i nie spi dobrze wiec i mi sie chce spac dzis rano, na szczescie bedzie sie raczej dzialo dzisiaj wiec moze nie zasne

ogladam te mistrzostwa i w sumie co mnie niesamowicie usposabia to nie pilka ale widok za oknem, tak sie sklada, ze akurat niedaleko telewizorowego kierunku jest zachod i widac wspaniale feerie barw, czasami naprawde ciekawe.

jak wroce to wstawie pare fotek

Tagi: Budapeszt
09:59, rpokor29
Link Dodaj komentarz »
piątek, 25 czerwca 2010
...

Tak piszę i w sumie brzmi to bardziej jak jakis pamietnik a nie zapis mysli, uczuc, wrazen. Dzisiaj spotkanie - zbieram te moje dziewczyny - cale 7 sztuk - no i jest calkiem przyjemnie, luzna atmosfera ale robimy co trzeba, milo z takimi ludzmi pracowac. Moj kumpel wyjezdza na stale z Wegier i musi zostawic podobny klimat, jego dziewczyny tez stanowia zgrana paczke i bedzie musial od poczatku budowac to co tutaj wyszlo mu calkiem niezle. Jak pomysle, ze i mi sie trafi taki bol glowy kiedys to nie jest za fajnie. Przyzwyczailem sie juz do tych Wegier i do ludzi z ktorymi wspolpracuje. Znalazlem swoje miejsce i mysle ze nawet w koncu wiem co robie :) choc na poczatku bylo wesolo. Łudzę sie nadzieją, ze jak odejde to bedzie im przykro. Powinienem byc jak prawdziwy korporacyjny dyro bez uczuc i tylko zysk, kasa i nadgodziny ale jakos mnie to nie bawi, boje sie, ze w nastepnym miejscu moge trafic wlasnie w takie srodowisko i bedzie mi ciezko. Pytanie po co sie zadreczac czyms co do czego nie mam nawet niesprecyzowanej informacji....pewnie jeszcze posiedzimy tu z 2 lata.....

Ide ogladac mecz do salki, mam nadzieje, ze mnie nikt nie nakryje.

 

Tagi: korporacja
16:59, rpokor29
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 22 czerwca 2010
Futbol, futbol, futbol

Znowu bylem cicho 3 tygodnie.

Jakos nie bylo kiedy zasiasc do komputera, bylem w Polsce na szkoleniu. W Warszawie wiktorii :) Mialem plan zeby wpasc do kasyna. Tak sobie myslalem, ze pogram sobie 5zlotowkami i bede mial troche zabawy. Niestety po wejsciu okazalo sie, ze w ruletke gra sie tylko stawkami od 25pln wiec z mojego zalozonego budzetu 50pln musialem od razu zaryzykowac polowe. Jakos sie udalo i po trzech wygranych z rzedu (gralem w 12-ki) mialem na koncie 250 PLN :) No i zagralem troche va banque i zostalem ze 150-ka....i wyszedlem.

Nastepnego dnia teskniac strasznie za moja zona, ktora byla u swojego ojca (akurat zaglada mi przez ramie jak to pisze :) mialem plan zeby przegrac to wszystko co wygralem bo wierzcie mi lub nie to swiadomosc tak latwo zarobionych pieniedzy jest straszeni demoralizujaca. Bylem w kasynie 15 minut i zarobilem 100pln, calkiem niezle. No i poszedlem i po wygranej na poczatku mialem nawet o kolejne 100pln wiecej ale potem poszedlem na calosc i przegralem wszystko :)

W piatek zaczely sie mistrzostwa..ogladalem mecz w knajpie razem z 3 poludniwych afrykanczykow, przestrzegali mnie troche przed wuwuzelami i przed dzielnicami w centrum Jo'burga, no coz zobaczymy

Bylismy potem na weekend u Wiktorow, zaczelo sie od grilla do 3 rano a w sobote wpadlismy do do Dominikow i Bertow po ksiazki. W niedziele spakowalismy sie, zjedlismy sniadanie i pojechalismy do domu, zapakowani prawie po sam dach.

Pogoda ostatnio nas nie rozpieszcza, pada i jest zimno ale na szczescie udalo sie nam wybrac w pierwszy weekend czerwca nad morze. Bylismy w Slowenii, tam gdzie zwykle - Razdrto u Emiliana. W sobote mielismy dzien na plazy w Koprze a potem zakupy :) w Triescie i pizza w malej wloskiej wiosce. W niedziele czekala na nas jaskinia Skocjanska, wspaniale miejsce. Wielka rzeka plynaca pod ziemia towrzy surrealistyczne wrazenie. Do tego Bori chcialo sie spac i musialem ja wziac na brzuch pod polar, czulem sie jak ciezarna kobieta tyle tylko ze na piersi wystawala mi glowa pelna lokow. Wyszlismy, zjedlismy obiad i do domu....na szczescie tylko 550km i ciagle autostrada.

A ostatnich pare dni to tylko mundial, teraz trwa mecz Argentyna-Grecja....juz zaplanowalem wycieczki, bede w rezerwacie Lwow i pojade do Sun City....bedzie szansa sie odegrac w kasynie ;)

poniedziałek, 31 maja 2010
Blogowanie

Bylem pare dni cicho....

W sumie nie wiem po co pisze to tak jakby ktos to czytal :) Nie znam praw panujacych w blogosferze i nie wiem nawet czy chcialbym zeby ktos te moje wypociny czytal, komentowal i ocenial. Zakladam, ze pisze sam dla siebie i za pare(dziesiat) lat bede sie smial ze swojej naiwnosci.

Chyba powinienem wstawiac zdjecia, wtedy byloby atrakcyjniej....postaram sie od nastepnego razu miec cos swiezego

Minely dwa weekendy i jak to w naszym wypadku bywa zdarzylo sie sporo. Tydzien temu wpadlismy na dluzszy weekend (jako ze Punkosd na Wegrzech) do Warszawy. Zatrzymalismy sie u Bertasow i po raz pierwszy od dluzszego czasu bylismy w Polsce w kinie, na "kozach" - film jako taki ale potem poszlismy na strawberry margerita do Mexicany, gdzie doloczyl do nas Marcin z Justyna i juz bylo lepiej. W sobote zorganizowalem male spotkanie po latach (w Banija Luce - dobre zarcie i kacik dla dzieci) i jak zwykle w takich sytuacjach bywa ludzie zapomnieli powiedziec, ze sie nie stawia, na szczescie tylko niektorzy i z calkiem racjonalnych powodow (powodz :() No ale udalo sie zebrac 16 doroslych i z 10 dzieciakow. Tam mi zawsze dziwnie, gdy okazuje sie, ze im nie po drodze i w sumie to nawet nie bardzo sie chce spotykac i dopiera ja musze przyjechac z Budapesztu zeby to cale towarzystwo rozruszac. W niedziele spotkalem sie z chlopakami z Bryndzynendzy...wygralismy mecz, choc pod koniec sie slanialem na nogach (w koncu bylo 27 stopni i slonce niemilosiernie prazylo w moja lysiejaca glowe). W poniedzialek kurs po obowiazkowym centrum handlowym - nawet nie zdajecie sobie sprawy jak to milo pojsc do sklepu, gdzie rozumieja dokladnie o co chodzi i nie trzeba sie gimnastykowac po wegiersku (czujac sie jak idiota) lub po angielsku (wtedy sprzedawca czuje sie nienajlepiej).

Wrocilismy do domu, udalo sie nam nawet zorganizowac wieczor basenowy we dwoje :) tyle ze po tym wieczorze znowu zaczelo mnie bolec gardlo, lekarz mowi, ze to pewnie cos z zatokami, ze sie tak czesto przeziebiam, zobaczymy - dzis ide do specjalisty.

A w weekend jak zwykle, w sobote rano zrobilismy porzadek i pojechalismy w teren. Tym razem na slynna wegierska puszte do miejscowosci Bugac, gdzie zrobilismy konkretny spacer. Dzieciaki zadowolone, Bori mogla niszczyc grudki ziemi a Zosia widziala koniki i kwatki. Bylo calkiem ciekawie niedaleko malego muzeum pasterstwa bylo stado koni puszczone samopas, zainteresowaly sie raczka od wozka ale dalem rade je skutecznie odepchnac. Dla mieszczuchow taki nieskrepowany kontakt z konmi ma cos magicznego w sobie. Te duze zwierzeta maja jakis majestat i widac, ze ludzie czuja duzy respekt, dla mnie jak widze, ze kon nie gryzie nie ma to duzego znaczenia. Moge podejsc poklepac, podrapac, lubie konie -szkoda ze tylko raz w zyciu na nich jezdzilem.

A dzis jak zwykle robota. Ale nie jest zle - czerwiec to bedzie czas podrozy....a potem lipiec i RPA.....juz nie moge sie doczekac....

środa, 19 maja 2010
Powodziowo

No i zalało

Bylismy w sobote w Badacsony, piekne miejsce! Majestatyczny, wygasly wulkan nad brzegiem balatonu. Naszym celem byla knajpka, a wlasciwie restaturacja (Kisfaludi haz - 46.794345,17.49532) z tarasem z widokiem na jezioro. Miejsce urocze a do tego za rogiem zaczyna sie niezbyt wymagajacy szlak na gore skad podobno jest piekny widok. Niestety nie bylo nam dane tego widoku zasmakowac, gdyz padalo i to nie tak troche, ale fest i caly czas....nie odstraszylo nas to od proby spaceru. Przynajmniej mnie nie odstraszylo bo Sylwia jakos nie bardzo jest odporna na wode. Na szczescie Klara z Tamasem tez nie narzekali wiec przeszlismy sie chwilke. Zaraz obok mozna kupic wino w klasycznym plastiku, tanio (od 4pln za litr) i dobrze. Jedyny problem to maly parking ale mozna zaparkowac na dole i dolozyc 10 min piechota....

Jedno wiem - wrocimy tam na pewno jak bedzie odrobine mniej mokro.

Po tych deszczach poziom dunaju podniosl sie znacznie i zasuwa teraz pod naszymi oknami z ogromna predkoscia wielka masa wody - zamiast piekny modry rownie dobrze moglby sie dzis zwac żołtą rzeką! A w domu tak wialo, ze przesunelo antene satelitarna i nasz odbior zanikl, na szczescie dalo sie naprawic i ogladamy teraz znowu relacje z naszego zalanego kraju.

Najlepszy wywiad jaki widzialem (a niestety lub na szczescie nie widzialem duzo) to pytanie do chłopa (przepraszam farmera)
"Mieliscie ubezpieczenie - pyta dziennikarz
A chlop na to z usmiechem! - Gdzie tam, u nas nikt nie kupuje"
a za chwile komentarz, ze rzad przeznaczy dodatkowe srodki na pomoc poszkodowanym.
Ciesze sie w takiej chwili, ze nie place podatkow w Polsce, choc Madziarzy wcale nie lepsi....

 

 
1 , 2 , 3